Wnyki, żelastwa, pułapki… takie narzędzia kłusownicze odnajdywane są w świętokrzyskich lasach. Problem związany z kłusownictwem na szczęście maleje, ale wciąż powoduje bolesną śmierć tysięcy zwierząt.
Natężenie nielegalnego pozyskiwania zwierząt maleje od kilku dobrych lat – zauważa Jarosław Mikołajczyk, łowczy okręgowy Zarządu Okręgowego Polskiego Związku Łowieckiego w Kielcach. A to za sprawą działań strażników łowieckich, ale i strażników społecznych. W kontrolowanie lasów angażuje się także Państwowa Straż Łowiecka oraz leśnicy i policjanci.
– W poprzednim sezonie, na terenie obwodów łowieckich dzierżawionych przez koła łowieckie zabezpieczyliśmy 2309 wnyków, żelastw: 40 sztuk oraz 61 innych urządzeń kłusowniczych. To sporo mniej niż rok wcześniej, kiedy łącznie tych pułapek było około cztery i pół tysiąca. A jeszcze w 2011: ponad 11 tysięcy– wylicza łowczy.
Jak podkreśla Mikołajczyk, cały proceder polega na ogromnym okrucieństwie. Zwierzę, unieruchomione we wnykach, kona w męczarniach. W pułapki wpadają zarówno najwięksi, jak mali mieszkańcy lasów.
– W trakcie poprzedniego sezonu w pułapki wpadł jeden łoś, dziesięć jeleni, 94 sarny, 149 zajęcy, 48 lisów, pięć borsuków. To także ptaki: 219 bażantów i 46 kuropatw. Warto podkreślić, że takie sidła są niebezpieczne dla spacerujących po lasach ludzi, a także dla zwierząt domowych, choćby psów. Szczególnie śmiercionośne są żelastwa: jeśli ktoś na nie nadepnie, po zwolnieniu pułapki może dojść do złamania kości i poważnego uszkodzenia ciała – przestrzega Mikołajczyk.
Jednak zatrzymanie kłusownika wcale takie proste nie jest.
– Ustawianie fotopułapek wymaga zgód nadleśnictw, a Polski Związek Łowiecki, czy strażnicy łowieccy, nie maja uprawnień do monitorowania ludzi. Korzystamy z tego na określonych zasadach, współpracując z Lasami Państwowymi. Z kłusownictwem jest jeden podstawowy problem: udowodnienie czynu. Bo te osoby, nawet złapane na niemalże gorącym uczynku, często tłumaczą, że „właśnie znalazłem wnyki, chciałem zabezpieczyć” – wyjaśnia.
Jak dodaje, wiele lat temu świętokrzyskie słynęło ze wszelkiej maści kłusownictwa i była to „tradycja” często przekazywana z pokolenia na pokolenie. Współcześnie, kłusownicy najczęściej zajmują się handlem.
– Trafiają się i tacy – i oni są najgorsi – którzy uczynili sobie z kłusownictwa swojego rodzaju hobby. Zakładają wnyki, łapią zwierzęta i nawet nie sprawdzają tego, co się w te sidła złapało. Zwierzyna zostaje pozostawiona sama sobie, ginie zupełnie bezsensownie. Krzywda, która jest w ten sposób wyrządzana całej przyrodzie, jest ogromna – kwituje łowczy.
Za kłusownictwo grozi do pięciu lat więzienia, grzywna i konfiskata użytych narzędzi.