Zastanawiałem się nad tematem dzisiejszego felietonu, a było nad czym, bo dzieje się: awantura wokół SAFE, kolejna wokół powołania sędziów TK, domniemany nepotyzm pani prezydent Wojdy, która - to tak a’propos - zapomniawszy o własnych obietnicach wyborczych i okazawszy w ten sposób wielki szacunek wyborcom, powołała pana Wijatę bez konkursu na stanowisko dyrektora KCK… Radny Dariusz Gacek w miejskiej spółce…. I tak dalej. Naprawdę jest w czym wybierać.
Ale nagle zdałem sobie sprawę z tego, że przecież mamy… Wielki Post, czas wyciszenia i refleksji, a ja - jak to mam w zwyczaju - zamiast się wyciszać, emocjonuję się polityką wielką i małą, siedzę w internetach i wygląda na to, iż tego co najważniejsze nie traktuję tak jak powinienem. O co mi chodzi, zapytacie Państwo?
Ano o to, czy ja nie uprawiam przypadkiem pobożnego slalomu giganta? Niczym narciarz alpejczyk nie szusuję z fantazją po powierzchni tego świętego czasu, mijając sprawnie kolejne tyczki moich wielkopostnych postanowień. Oczywiście staram się szusować jak najlepiej potrafię, jednak coś mi w tym wszystkim zgrzyta. Wciąż mam wrażenie, że Jezus nie tylko na to czeka. On chyba spodziewa się dostać ode mnie coś więcej. Co? Ciszę. Ciszę serca. Jak najczęściej. W każdych możliwych okolicznościach. A cisza wyklucza przecież ten smutny polityczny zgiełk. I nie tylko to.
Ale… Wydaje się, że cisza serca brzmi trochę niecodziennie w naszym zabieganym świecie, może nawet ciut nieosiągalnie, więc automatycznie budzi opór. Poza tym cisza nie daje poczucia dobrze spełnionego obowiązku. Nie daje nawet natychmiastowego pocieszenia. W dodatku w ciszy wychodzi wszystko: rozproszenia, zmęczenie, niepokój, a czasem zwyczajna pustka. I może właśnie dlatego tak rzadko ofiarowujemy ciszę. Bo przecież łatwiej jest coś r o b i ć dla Boga niż b y ć z Bogiem. Łatwiej odmówić kolejną dziesiątkę Różańca niż usiąść i nic nie mówić. Łatwiej pójść na nabożeństwo niż opuścić — choćby na chwilę — nasz ul wewnętrznego newsroomu, w którym bez przerwy płyną w umyśle depesze: polityka, sprawy codzienne, emocje, lęki, oceny, opinie. A przecież Chrystus nie siedzi w newsroomie. On jest zupełnie gdzie indziej.
I może właśnie dlatego cisza jest jedną z najbardziej zapomnianych ofiar Wielkiego Postu: oddać Mu swoje wnętrze nie jako projekt do naprawy albo listę próśb, nie jako raport z dnia — tylko jako przestrzeń spokoju. Usiąść. Zamilknąć. I zostać. Bez wielkich słów. Bez tego nieuświadomionego napięcia, że „coś powinno się wydarzyć”. Bez duchowej ambicji. Po prostu być przy Nim. To jest trudne, bo - jak powiedziałem wcześniej - obnaża prawdę: iż często bardziej kochamy działanie niż relację. Że wolimy coś Bogu dawać, niż pozwolić Mu być blisko. A przecież Wielki Post to nie jest konkurs na najbardziej zdyscyplinowanego ascetę. To jest droga do spotkania. Zaś Droga Krzyżowa ma sens tylko wtedy, gdy na końcu Ktoś na nas czeka.
Pointa?
Zostańmy w ciszy.