Wywiad z byłym prezydentem Kielc Wojciechem Lubawskim m.in. kredytu konsolidacyjnego, który chce zaciągnąć Miasto Kielce pod przewodnictwem prezydent Agaty Wojdy. Rozmawiał Tomasz Natkaniec.
Po prostu inwestowaliśmy
– Od kilku lat nieustannie słyszymy, że nieprzekraczalną barierą w rozwoju Kielc są pieniądze. Czy pan, będąc prezydentem przez 16 lat, też miał takie problemy?
– Nie. Nie miałem. Będąc wojewodą świętokrzyskim, szczególną uwagę zwracałem na budżet. Te trzy lata nauczyły mnie dużej wrażliwości na sposób wydawania pieniędzy publicznych.
– Ale mimo tej wrażliwości zostawił pan po sobie dość spore zadłużenie kredytowe Kielc.
– „Dość spore” to ostrożne określenie. I słusznie, że ostrożne. Dziś cały cywilizowany świat opiera swój rozwój na pomocy ze strony banków. Inaczej po prostu nie da się rozwijać. Tak też działo się w Kielcach. Decyzje kredytowe były rozważne, bezpieczne i zgodne z prawem.
– To jak właściwie było z kredytami za pańskiej kadencji?
– Gdy w 2002 roku zostałem prezydentem, przejąłem od prezydenta Włodzimierza Stępnia 150 mln zł długu. Po 16 latach urósł on do 850 mln zł. Te 700 mln zł różnicy zostało wykorzystane właśnie na inwestycje. Łącznie kosztowały one ponad 4 mld zł.
- Chwileczkę. 700 mln zł kredytu. To skąd w takim razie 4 mld?
- Bo finansowaliśmy inwestycje z kilku źródeł: wspomniane 700 mln zł pochodziło z kredytów, 600 mln zł z nadwyżek budżetowych, 1,1 mld zł z pieniędzy przedakcesyjnych i unijnych, 700 mln zł z funduszy centralnych – rządowych, a 900 mln zł z zysków spółek miejskich.
– Proszę wyjaśnić naszym Czytelnikom czym dokładnie są „nadwyżki budżetowe”?
– One pojawiają się po rozliczeniu roku, jeżeli dochody są wyższe od wydatków. To wyraźny sygnał dla banków, że jesteśmy wiarygodni. I takie nadwyżki miałem przez całe 16 lat mojej prezydentury.
- Jak Pan ocenia pomysł wzięcia przez obecną ekipę kredytu konsolidacyjnego? Czy to dobry pomysł?
- Trudno mi się do tego odnieść, gdyż nie znam szczegółów. Jeżeli te duże pieniądze byłyby w całości przeznaczone na zamianę starych kredytów o gorszych warunkach, na nowe, lepsze - byłbym absolutnie za. Jeśli jednak duża część kredytu ma zostać przeznaczona na inwestycje i remonty, to już pojawiają się wątpliwości, gdyż ta część będzie dodatkowo obciążać budżet miasta. A to żadna tajemnica, że obsługa długu już dziś jest zabójcza. W związku z tym wyzwaniem, dziwię się władzom miasta, że nie zleciły wiarygodnej firmie ratingowej oceny tych planów. Brak wiedzy o konsekwencjach takich decyzji, może zakończyć się tragicznie dla Kielc.
– Uwagę zwraca fakt, że potrafił pan wywalczyć duże pieniądze unijne i rządowe i to na naprawdę istotne inwestycje.Jak pan to robił?
– To żadna tajemnica. Jako inżynier budowlany dbałem, by powstawały kompletne dokumentacje planowanych obiektów, nawet wtedy, gdy nie było jeszcze mowy o zewnętrznych pieniądzach. Zdarzało się, że półki z projektami uginały się, a te dokumenty po prostu czekały na swój czas. I taki czas przychodził. Wtedy dzwonili do mnie urzędnicy z Warszawy i proponowali, że jeżeli wykonamy inwestycję na przykład do końca przyszłego roku, to przekażą nam potrzebne pieniądze. Oni także byli rozliczani z czasowych limitów wydatków przeznaczonych na rozwój. I wiedzieli z doświadczenia, że Kielce dotrzymują terminów.
– A jak następcy gospodarowali miejską kasą?
– Prezydent Bogdan Wenta już po pierwszym roku nie odnotował nadwyżki budżetowej. A potem wszystko zaczęło się sypać i trwa to do dziś. Mój następca zakończył swoją kadencję, niemal podwajając dług miasta, a przy tym niewiele inwestując. I co istotne: zadania realizowane przeze mnie były finansowane w 18 procentach przez kredyty. Jego inwestycje niemal w całości były finansowane przez banki. Obecna prezydent Agata Wojda odziedziczyła po Wencie finansowy Armagedon. I jeszcze jedno. Przez całe 16 lat nasze finanse dwa razy w roku kontrolowała renomowana firma ratingowa Fitch. Po każdej takiej kontroli otrzymywaliśmy wysoką, pozytywną ocenę. Bardzo istotne było również to, że zawsze udzielano nam odpowiednich rekomendacji. Dzięki temu wiedzieliśmy, co mamy dalej robić z finansami. Byłem bardzo zaskoczony, gdy dowiedziałem się, że jedną z pierwszych decyzji prezydenta Wenty było rozwiązanie umowy z Fitch.
– Muszę przyznać, że wykaz zrealizowanych przez pana inwestycji robi wrażenie. Które z nich były, według pana, najważniejsze dla Kielc?
– Jestem przekonany, że wszystkie były potrzebne. Jednak do najważniejszych należały te, które rozwiązywały problemy z zatorami komunikacyjnymi w mieście. Pierwszym takim wyzwaniem była przebudowa ulicy Jesionowej z jednojezdniowej na dwujezdniową. Kolejnym był zjazd z alei Solidarności w kierunku osiedla Świętokrzyskiego estakadą nad ulicą Radomską. Dzięki wybudowaniu ulicy Świętokrzyskiej w kierunku Cedzyny udało się skutecznie rozładować korki na Sandomierskiej, a dzięki ulicy Gosiewskiego Warszawska stała się przejezdna. Ci, którzy pamiętają, w jakich warunkach przed laty jechało się z Morawicy do Kielc, doceniają dzisiejszą ulicę Ściegiennego.
– Pewnie o nowych drogach moglibyśmy długo rozmawiać, bo powstało ich wiele. Ale która z inwestycji była dla pana największym sukcesem?
– Stadion Korony Kielce. Przypominam, że Stadion Śląski w Chorzowie został oddany do użytku w 1956 roku. I musiano czekać prawie 50 lat, by powstał następny. Nasza konstrukcja to było pionierskie, jak na tamte czasy, przedsięwzięcie. Zaczęło się od mojej rozmowy z Krzysztof Klickim, właścicielem Kolportera i Korony. Powiedziałem mu, że nie przystoi, by jego drużyna piłkarska uganiała się w III czy nawet II lidze. Odpowiedział, że jeśli ja wybuduję stadion z prawdziwego zdarzenia, to Korona będzie w Ekstraklasie. Nie podpisywaliśmy żadnej umowy, tylko podaliśmy sobie ręce na zgodę. On zresztą wywiązał się z umowy wcześniej niż ja. Kilka pierwszych meczów w najwyższej lidze Korona rozgrywała na swoim historycznym stadionie. Ale od 20 lat jesteśmy dumni z wówczas pierwszego w Polsce nowoczesnego stadionu piłkarskiego i z ukochanej przez wielu naszych mieszkańców Korony.
– Tak przy okazji: czyta pan regularnie naszą gazetę „ eM Kielce”.
– Oczywiście. W naszym kościele po mszy o godzinie 12 już trudno jest zdobyć „eM-kę”. Uwielbiam po niedzielnym obiedzie przeczytać ją od deski do deski. Ciekawe, czy młodzi też lubią zapach i szelest papierowej gazety? Mało tego. Wspieram wasz tytuł w systemie PATRON, gdyż doceniam rolę, jaką ta gazeta pełni w naszym mieście.
- Dziękuję za rozmowę.